Kategoria: Przemyślenia spod pantografu

Idą nowi motorowi, rozruch dostają nowe myśli

Wrzesień uchodzi w pewnych kręgach za nieprzyjemny miesiąc. Jedni wracają do szkoły, inni bardzo się starają, by w październiku było do czego wracać. Bywało, ze zaliczałem się do tych pierwszych (kto nie?), a potem i do drugich. Przyszedł jednak wrzesień 2010 i ta klasyfikacja przestała wystarczać. » Czytaj dalej…

Wakacje po kolei – cz. I

Cel: dostać się w w 24h z Krakowa do Jastrzębiej Góry 9 sierpnia oraz wrócić z resztą rodziny 6 dni później.
Wymagania: w miarę tanio, wygodnie, z możliwością rozprostowania kości w Warszawie.

Zadanie pierwsze: znalezienie połączenia i kupno biletów.

Ta część przygody była chyba najbardziej przyjemna – dzięki stronie SITKolu bezproblemowo znalazłem interesujące mnie połączenie – rano IR Cracovia, potem 3h przerwy w stolicy a następnie podróż IC Szkuner do Gdyni. Następnym krokiem było kupno biletów na te pociągi. Zacząłem od rejestracji na stronach PR (tu chciałbym polecić miłą dla oka stronę http://www.i-pr.pl/ , gdzie możemy kupić nie tylko bilety jednorazowe ale także grupowe oraz REGIOkartę). Cała procedura kupna była bardzo intuicyjna i nie wymagała zbytniej ilości myślenia. Po opłaceniu należności za bilet za pomocą konta internetowego, w ciągu 10 minut otrzymałem potwierdzenie płatności oraz możliwość wydruku gotowego biletu. Następnie przystąpiłem do aplikacji PKP IC (https://bilet.intercity.pl/irez/). Tutaj sprawa wydawała się trochę bardziej skomplikowana, może przez to, iż sama strona pamięta lepsze czasy. Po przebrnięciu przez rejestrację i akceptację regulaminu przystąpiłem do logowania. Po podaniu logina i hasła zostałem zostałem zobligowany do… powtórnej akceptacji regulaminu. Jak się potem okazało czynność ta jest wymagana przy każdym logowaniu, co jest lekko irytujące. Po wybraniu odpowiedniej relacji oraz pociągu przystąpiłem do rezerwacji – upatrzyłem sobie wagon bezprzedziałowy, co miało swoje następstwa w przyszłości, ale o tym za moment. Wybranie formy płatności, przelew i w kilka sekund wygenerowany pdf z moim biletem został ściągnięty na dysk. Bilet powrotny zarezerwowałem równie sprawnie – tutaj plus dla PKP IC za możliwość wskazania przedziału w którym chcemy zarezerwować miejsce – pozwoliło mi to na podróż razem z resztą rodziny, która kupiła bilety dużo wcześniej (ja sam nie wiedząc, czy będę w stanie pojechać na drugi koniec Polski biletów z nimi nie kupiłem). I znowu wydruk pdfu i komplet biletów w garści.

Zadanie drugie: znaleźć się w stolicy za pomocą IR Cracovia.

Pobudkę i dojazd na dworzec pominę, bo nic nowego nie wniosę. Gdy przybyłem na peron 5 naszego pięknego dworca i przepędzeniu lokalnych mieszkańców ryzykownie usiadłem na ławce. O dziwo była sucha i czysta. Po kilkunastu minutach moim oczom ukazał się wtaczający się powoli EZT serii ED72. Bez rewelacji. Wsiadłem do jednego z przedziałów umieszczonych blisko czoła pociągu i odprężyłem się wyczekując odjazdu. Zapełnienie pasażerami było na styk – każdy siedział i nikt nie stał, ale kilka osób więcej sprawiłoby, że w wagonie zrobiłoby się tłoczno. W końcu ruszyliśmy. Gdzieś w okolicach Miechowa dotarł do mnie konduktor sprawdzający bilety. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to terminal w jego ręce, podobny do tych, których używają kurierzy. Wziął do ręki mój bilet, i co mnie naprawdę zaskoczyło, to nie sprawdził poprawności danych w nim zawartych ani relacji, tylko przystąpił do skanowania kodu graficznego tajemniczym urządzeniem. Jak na złość skanowanie nie powiodło się paręnaście razy pod rząd. Remedium okazało się parokrotne wygięcie mojego biletu. Kod tym razem został odczytany bez problemu. Jak potem się zorientowałem problemy te były moją zasługą, gdyż nieopatrznie złożyłem wydruk idealnie na środku kodu. Pozytywnym aspektem był spokój podczas następnych kontroli, gdyż konduktor widząc mnie z moim powyginanym biletem rzucał „Pana długo nie zapomnę”. Reszta podróży do Warszawy upłynęła bezproblemowo.

Zadanie trzecie: znaleźć się w jednym kawałku w Gdyni.

W Warszawie pierwsze moje kroki skierowałem do dworcowej przechowalni bagażu – jej znalezienie graniczyło z cudem, gdyby nie pomoc przypadkowo natrafionego pracownika PKP IC zapewne długo bym wałęsał się po dworcu szukając miejsca, gdzie mogę pozostawić moją walizkę na czas 3-godzinnej przechadzki po stolicy. Mimo problemów dotarłem tam. Cena – 7 zł za dobę wydała się znośna, zwłaszcza, że za taką cenę dostawałem komfort pozbycia się walizki oraz gwarancję bezpieczeństwa pozostawionych w niej rzeczy. Następnym przystankiem był punkt obsługi ZTM, gdzie wyrobiłem sobie Warszawską Kartę Miejską oraz zakodowałem na niej bilet dobowy – 4 i pół złotego za możliwość nieograniczonego przemieszczania się w obrębie 1 strefy są zdecydowanie kuszącą propozycją. Potem poszło gładko – metrem do Arsenału, potem przejażdżka linią 18 do skrzyżowania z ul. Królewską, 5 minut specerku i mój cel – Pałac Prezydencki. Kilka fotografii i ruszam w drogę powrotną. Tramwaj, metro – tym razem wysiadam na stacji Świętokrzyska aby w sklepie zlokalizowanym w pawilonie handlowy stanowiącym integralną część stacji kupić kilka modeli samochodów. Po zakupach przejażdżka do Złotych Tarasów, jedzonko i na Centralny. Tam odbiór bagażu i wycieczka na peron w celu oczekiwania na Szkunera. Najciekawsze było przede mną. Gdy pociąg został zapowiedziany przez megafon, okazało się, że planowa godzina odjazdu jest zgoła inna niż ta na moim bilecie. W dodatku w trakcie rozmowy z innymi oczekującymi na pociąg dowiedziałem się, że w punkcie informacji podawana jest jeszcze inna informacja. Na szczęście wszystkie podawane godziny były do pół godziny później od tej, które była wydrukowana w świstku papieru który trzymałem w ręce. Nie minęło 5 minut, gdy rzeczony Szkuner wjechał na stację. Po pobieżnym rozpoznaniu okazało się, że mojego wagonu nie ma! Sprawdziłem wszystko jeszcze raz. Numer pociągu się zgadza. Data też. Coś jednak dalej było nie tak…

cdn.

Majka w tramwaju?!

W dzisiejszych czasach reklama jest bardzo zaborcza. Są jednak miejsca, do których agencje reklamowe mają utrudniony, lub ograniczony dostęp. I całe szczęście. Nie mówię tu o kościołach, chodzi mi oczywiście o środki transportu publicznego. W Krakowie jak dotąd reklamy w pojazdach i na pojazdach komunikacji miejskiej spotykają się ze znacznymi ograniczeniami. Co do treści i co do formy (jak choćby niezaklejone szyby).
Jednak coś pękło. Dowiedziałem się ostatnio w zajezdni, że w tramwajach z monitorami reklamowymi (NGT6), w godzinach szczytu będzie emitowany serial stacji TVN – Majka. Połączone to będzie z dźwiękiem o odpowiednio dobranej głośności (względem hałasu panującego w środku). A zatem gdy tramwaj będzie jechał szybko po wydzielonym torowisku i będzie huk, głośność serialu zwiększy się.
Wg osób ze środowiska odpowiedzialnego za akcje promocyjną, długość jednego odcinka serialu zajmie czas pasażerom podróżującym z osiedli do centrum (to ok 20minut jeden odcinek), a w szczycie popołudniowym z centrum do osiedli.

Do różnych obrazów emitowanych na monitorach w tramwajach i autobusach już się przyzwyczailiśmy, choć na początku budziły lekki sprzeciw. Jednak obraz serialu połączony będzie z dźwiękiem, co może wywołać lawinę skarg. Mimo tego organizatorzy idą w zaparte, ponieważ pieniądze przeznaczone na akcje i związany z nimi dochód znacznie przekraczają obecny miesięczny dochód z reklam na monitorach.

Szczerze mówiąc nie wiem co o tym myśleć? Czy to aby nie przesada?
Poniżej zdjęcie z testów na zajezdni:

Totmann

?Zrozumieć Motorniczego? czyli kilka prawd o jakże ciężkiej Jego pracy – część I.

?Dlaczego zamykam Pasażerom drzwi przed nosem??

 Z zamykaniem drzwi ?przed nosem? jest tak, że albo tramwaje mają być punktualne, albo mają czekać na spóźnialskich pasażerów. I to głównie od tego jak motorniczy stoi z czasem przejazdy, a nie od jego kultury osobistej zależy, czy będzie czekał na dobiegających czy też nie. Pasażerom może się wydawać, że zabranie kogoś dobiegającego to tylko kwestia kilku sekund. Tymczasem, w znakomitej większości przypadków, taka ?uprzejmość? motorniczego od razu kosztuje wszystkich pasażerów tramwaju (niekiedy nawet i dwóch) dwie minuty spóźnienia. Być może gdyby pasażerowie zechcieli wziąć to pod uwagę, byliby mniej surowi w ocenianiu kierującego, który przecież próbuje tylko dowieść ich na czas do miejsca przeznaczenia. Jeśli przyjrzeć się uważnie można też zauważyć, że Ci, którzy najczęściej opóźniają odjazd tramwaju, jadą nim potem jeden lub dwa przystanki. W praktyce są przystanki, na których można poczekać na pasażera nawet dłuższą chwilę, a są i takie na, których nie można zaczekać nawet kilku sekund. Te drugie usytuowane są głownie przed skrzyżowaniami z sygnalizacją świetlną, gdzie wspomnianych kilku sekund może zabraknąć motorniczemu na to, żeby zdążyć ruszyć z przystanku przed zmianą świateł. Kilka sekund poświecone jednemu spóźnialskiemu funduje w takim przypadku dodatkową minutę lub dwie postoju wszystkim pasażerom tramwaju, bo trzeba będzie poczekać na kolejny ?zielony? sygnał. Jeśli z tyłu stoi na przystanku drugi tramwaj, razem będzie to w godzinach szczytu około dwustu czekających przez jednego spóźnialskiego. Bardzo uprzejme, nie uważacie? Czy taki stracony cykl to dużo wobec korzyści, jaką doniesie biegnący pasażer? Cóż, jeden stracony w ten sposób cykl oznacza w praktyce?  Tyle, że tramwaj ruszy w dalszą drogę mniej więcej w chwili, w której powinien odjeżdżać już z następnego przystanku. A przecież za drugim cyklem też ktoś spóźniony może biec do tramwaju. czy tramwaj powinien więc czekać i na niego? Wbrew pozorom taka sytuacja zdarza się całkiem często i motorniczy, który przed chwilą zebrał podziękowania teraz otrzyma wiązankę epitetów oraz kopniaka w drzwi. Ile więc czasu motorniczy musiałby stać na każdym przystanku, żeby móc w końcu zamknąć drzwi bez oskarżeń o chamstwo? Przy okazji warto zwrócić uwagę na to, jak długo pali się światło dla tramwaju w porównaniu, na przykład, do świateł samochodowych. Szczególnie w centrum czas ten jest co raz krótszy dochodząc na niektórych skrzyżowaniach do zaledwie kilku sekund. Nawet jednak, jeśli tramwajowy cykl trwa niewiele krócej niż samochodowy to i tak tramwaj ma niewielkie szanse żeby przejechać skrzyżowanie. Zaraz znajdą się Mierzwowie kierownicy, którzy skręcając potrafią w mgnieniu oka całkowicie zablokować  torowisko na resztę cyklu. Tramwaj albo rusza natychmiast po otrzymaniu światła, albo nie jedzie wcale! Tramwajom bardzo trudno jest nadrobić opóźnienie, ponieważ, w przeciwieństwie do autobusów, nie mają możliwości wyprzedzać się wzajemnie. Tak więc jeśli opóźniony tramwaj zostanie na najbliższym skrzyżowaniu zajechany przez jadącego o czasie kolegę, to w zasadzie nie ma żadnych szans nadrobić straconych minut, ale za to ma spore szanse zwiększyć jeszcze bardziej swoje opóźnienie;) zajechanie przez dwa składy, co w godzinach szczytu jest normą gwarantuje natychmiastowe zwiększenie opóźnienia o kolejne dwie, a nawet więcej minut. W ten sposób przez kilka sekund poświeconych jednemu spóźnialskiemu setka ludzi może szybko uzbierać dziesięć minut spóźnienia! Nie trzeba chyba wspominać jak uciążliwe będzie to dla pasażerów, którzy muszą skorzystać z przesiadki, zwłaszcza jeśli przesiadają się do pociągu czy podmiejskiego autobusu. Zasada jest prosta: ?tramwaj zabiera wszystkich chętnych pasażerów, OCZEKUJĄCYCH NA PRZYSTANKU. Dobiegający pasażer jest kandydatem do następnego tramwaju?. to jedyne rozsądne rozwiązanie, jeśli chcemy, żeby tramwaje jeździły w miarę szybko i punktualnie. Zasada ta jest żelazną konsekwencją przestrzegania w metrze, gdzie biegnący pasażer standardowo odbija się od zatrzaśniętych drzwi ?przed nosem?. Mimo to jakoś nie słychać głosów oburzenia o wyjątkowym chamstwie maszynisty kolejki podziemnej. A przecież tramwaje, podobnie jak metro mają napięty rozkład jazdy i podobnie jeżdżą co 3-4 minuty w szczycie, a nawet i częściej! Dlaczego więc w metrze pasażerowie dali się nauczyć, że pociąg nie czeka na spóźnialskich, a w przypadku tramwajów nie chcą przyjąć tego do wiadomości? Pasażerów szczególnie bulwersuje to, że motorniczy widzi ich jak biegną, a mimo to zamyka drzwi i odjeżdża. Jest to powszechnie uważane za dowód koronnych na chamstwo i ?czereśniactwo?. Tymczasem fakt, że motorniczy widzi biegnących nie powinien nikogo dziwić, bo jako kierujący pojazdem musi wiedzieć co się dzieje wokół. Musi też jednak podjąć decyzje, czy zdąży zabrać spóźnialskiego pasażera czy nie. Prowadzi nas to do początku wywodu, czyli tego, że tramwaje albo mają być punktualne, albo mają czekać na spóźnionych pasażerów. Dokładnie przed takim wyborem staje motorniczy praktycznie na każdym przystanku, kiedy widzi dobiegającego pasażera. Dobieganie do tramwaju ma też często inny aspekt, o którym w potoku oskarżeń pod adresem motorniczych jakoś się nie wspomina. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że przynajmniej połowa z dobiegających usiłuje się dostać do tramwaju z rażącym pogwałceniem przepisów ruchu drogowego, stwarzając realne zagrożenie nie tylko dla siebie, ale także innych uczestników ruchu. Przebieganie na czerwonych świetle przez najruchliwsze skrzyżowanie ? już nie mówiąc o torowisku co jest niestety standardem, nierzadko na ukos przez wszystkie pasy ruchu, wbiegając wprost pod nadjeżdżające samochody i uprawiają dzikie skoki przez barierki wprost pod ruszający tramwaj. Teraz niech każdy z Was zrobi sobie rachunek sumienia i ile razy ryzykowaliście swoje życie, aby dostać się do tramwaju.

Na koniec dodam, że świetnie wiem jakie to uczucie kiedy tramwaj albo autobus odjeżdża mi sprzed nosa. Ale nie kieruję wiązanki ?miłych? słów pod adresem kierujących, gdyż sam jestem na ich miejscu w godzinach pracy 😉

Pozdrawiam Nowherename.

Spojrzeń czar

Nie wiem, czy tylko mnie się to zdarza, czy innym też, niemniej mam taką właściwość, że „łapię” spojrzenia ludzi. Podjeżdżając na przykład na przystanek, lubię patrzeć kogo będę miał za chwilę przyjemność, bądź też nieprzyjemność wieźć. Bywa często, że z tej dość licznej grupy pasażerów spojrzę komuś prosto w oczy, a on mnie. Zupełnie przez przypadek. Jest z resztą coś magicznego w tych spojrzeniach, bo przecież każdy z Was na pewno czuł niejednokrotnie, że ktoś go obserwuje, mimo, że osoba ta znajdowała się za plecami. Wystarczy czasem przez pewien czas patrzeć na osobę, która pochłonięta jakimiś czynnościami nie zwraca na nas uwagi, by w końcu jej spojrzenie spotkało się z naszym.

Dokonując różnego rodzaju obserwacji w chwilach ku temu możliwych, mogę wyróżnić kilka z wyłapanych spojrzeń:

Spojrzenie pierwsze: Jeszcze ja!
Stoję na przystanku. Widzę, że lada chwila dostanę światło. Z przyczyn o których pisał teraz nie będę, blokuje drzwi, ponieważ nie mogę sobie pozwolić na „utratę” tego światła. Do światła jeszcze kilkanaście/dzieisąt sekund. No i widzę, biegnie. Tak zwany dobiegający pasażer. Ja widzę jego, on widzi mnie. I patrzy na mnie, bo drzwi są zamknięte, a to ja je otwieram.
Młodzi patrzą tak jakby chcieli mnie pobić. To jest spojrzenie rozkazujące – masz stać, otworzyć mi drzwi, bo nie po to biegnę, żebyś odjechał. A jak odjedziesz, to cie zwyzywam, zwyzywam twoją matkę, pokaże ci środkowy palec. – zwykle moja diagnoza jest trafna i zostaję uraczony jakimś gestem bądź niemiłym słowem.
Starsi wbrew pozorom, a zwłaszcza najstarsi, bywają bardziej egocentryczni. Najczęściej, nie wiem czemu, starsze kobiety. Potrafią biec z odległości kilkuset metrów, nie bacząc, że wbiegają na ruchliwą ulice w miejscu niedozwolonym. A jest to raczej trucht niż bieg, bo w podeszłym wieku już trudno biegać, zwłaszcza, gdy taszczy się jakieś torby i inne tobołki. No i zdolności psychomotoryczne już nie te, stąd wielkie zdziwienie tych osób, gdy zostają uraczone klaksonem samochodu na którego torze jazdy akurat się znajdują. No bo skąd niby samochód na jezdni?
A gdy już podbiegną odpowiednio blisko patrzą na mnie. Najczęściej gdy spojrzenia się zejdą, na ich twarzy pojawia się promienisty uśmiech – tak, zobaczył, że biegnę, na pewno zaczeka taki miły młody człowiek. Niejednokrotnie przystają po drodze, nie opuszczając spojrzenia, podnoszą rękę w geście „jeszcze ja chce wsiąść”. Podniesienie ręki w „biegu” mogłoby skończyć się upadkiem, stąd konieczność przystanięcia. Nie wiem czemu jednoznacznie zawsze kojarzy mi się to z czołgiem w czterech pancernych, który nie miał stabilizacji lufy i żeby strzelić celnie musiał przystanąć.
Jednak często poskramiam te nieposkromioną radość. Wówczas szczery uśmiech przeradza się w wyraz szczerej nienawiści. No ale co poradzić.

Spojrzenie drugie: kontrolne.
Zwykle lusterko wewnętrzne ustawiam tak, żeby mieć możliwość obserwowania co ciekawego dzieje się w przedziale pasażerskim. Niejednokrotnie dostarcza to sporej dawki rozrywki. Jednak gdy widzę ich ja, oznacza to, że oni też mnie widzą. A zatem jedziemy. Tu szyny gorsze, to zacznie rzucać, tam dłużej postoimy, bo światła długo trzymają, gdzieś trzeba ostro zahamować, bo ktoś wjechał/wbiegł na drogę. Starsza pani/pan siedzi zaraz z przodu i patrzy. Na mnie. Co jakiś czas spogląda, czy aby na pewno wszystko w porządku. Patrzy mi przez wewnętrzne lusterko prosto w oczy, z odpowiednim do sytuacji wyrazem twarzy. A zatem gdy za mocno buja, patrzy złowieszczo, dając mi do zrozumienia: zwolnij łajdaku! Gdy za długo stoimy w jednym miejscu, zerka z niecierpliwością: no jedź już, robić ci się nie chce, czy co…
Jakież musi być ich rozczarowanie, gdy lusterko odwrócę…

Spojrzenie trzecie: Aleś pan jechał, jakby ziemniaki wiózł, a nie ludzi!
Bywa, że trzeba gonić czas. A goni się, jeśli jest możliwość wrócenia do rozkładu, bądź zniwelowania opóźnienia do granic zdrowego rozsądku. Niemniej nie sprzyja temu ani infrastruktura, bo tory są zdezelowane, a sygnalizacja świetlna trzyma wtedy jak na złość, Nie pomaga też sprzęt. A sprzęt jest stary, wytłuczony. Na nierównościach rzuca ludźmi na lewo i prawo, przy hamowaniu szarpie i zrywa. Nie to co Bombardier:) Jest jak jest, robić trza.
Dojechaliśmy na przystanek. Czas w miarę ok. Przepisy całe, po drodze niepołamane. Pasażerowie też cali, choć zapewne musieli się czegoś mocniej chwycić. Wysiadają. I patrzą na mnie. A patrzą tak, jakbym im przed chwilą powiedział prosto w twarz najgorsze słowa, albo jakbym wyrządził jakąś krzywdę komuś z ich rodziny. Ciarki po plecach przechodzą. A że są o czasie, nie ma znaczenia. Że inni czekają i chcą, żeby tramwaj przyjechał o czasie, nie ma znaczenia.

Spojrzenie czwarte: Możesz mi naskoczyć!
Jest niestety w społeczeństwie, mimo jego cywilizacyjnego rozwoju, grupa ludzi, którzy byli akurat czymś zajęci i ów cywilizacyjny rozwój ich ominął. Tak zwani troglodyci. Bądź też podkultura przemocy, o której w doktrynie socjologii powstała zapewne niejedna książka.
Podjeżdżam zatem na przystanek i już ich widzę. Samców alfa. Piwo w ręku, pod pachami niewidzialne arbuzy. Patrzę na nich, oni na mnie. I widzę w tym spojrzeniu – możesz mi chłopie naskoczyć, piwo i tak będę pił, klął będę do woli, a spróbujesz coś powiedzieć, to cie (pisząc ładnie) zrugam, albo nawet i pobije. Jedź i sie nie rzucaj.
No i co tu zrobić z takimi ludźmi, których największym życiowym osiągnięciem jest wypicie piwa w miejscu publicznym i doniosłe przeklinanie, mające na celu zaznaczenie terenu. Tak jak pies robi to moczem.
Można wezwać policję przez radio. Ale radio jest głośne, czas realizacji za długi. Jeszcze nigdy nie udało mi się przeprowadzić skutecznie takiej akcji. Reakcja osobista w postaci zwrócenia uwagi może skończyć się śmiercią, co pokazuje przykład warszawski. A zatem jedzie się dalej, obserwując rozwój sytuacji. Zwykle kończy się na piciu piwa i przeklinaniu. Rzadko na zaczepkach. Te mogą zostać dopiero sprowokowane reakcją innych.

c.d.zapewne.n.

Totmann

Największy sukces życia? Połączenie przyjemnego z pożytecznym.

Moja praca jest, moją pasją, moim hobby. Połączenie przyjemnego z pożytecznym. Idąc do pracy zastanawiam się jaki będę mieć wóz i jakie niespodzianki czekają mnie na Warszawskich ulicach. Najczęściej jeżdżę linią 9. Trasa Okęcie ? Gocławek, zaczyna ona bieg na dzielnicy Włochy i dalej przebiega przez dzielnice Ochota, Śródmieście i kończy bieg na Pradze Południe. Jeden z najbardziej obciążonych ciągów komunikacyjnych w Warszawie. Jest nieraz ciężko, ale też i zabawnie. Najbardziej mi humor poprawiają gafy pasażerów, którzy szukają guzików do otwierania drzwi. Przyciskają np. piktogram ?odtwórz drzwi przyciskiem? umieszczony na szybie, wciskają kierunkowskaz i dziwią się, że nie ma żadnej reakcji. Są sytuacje kiedy ów pasażer nawrzuca mi od ?buraków, wieśniaków? itd., że od tego tu jestem i mam drzwi otwierać 😉 ale wówczas uśmiecham się i nie odpowiadam na zaczepne ?słówka?. Jednak są i takie dni kiedy ktoś potrafi mnie wyprowadzić z równowagi. Znajdzie się klient, który widząc, że nie reaguje na zaczepki to wejdzie na czuły punkt jakim jest rodzina. No i wtedy robię Ja z niego dziada i udowadniam na forum pasażerskim w tramwaju, że mu słoma z butów wychodzi. Oczywiście robię to wszystko kulturalnie, aby się nie poniżyć do jego poziomu. Przykład: Jest godzina 17 w Warszawie jest to sam środek szczytu. Jak wiadomo w ciągu w Alejach Jerozolimskich jest tłoczno, a nawet panuje wielki ścisk i nie chodzi tu tylko o kotłujących się pasażerach w tramwaju, ale i o samych tramwajach na trasie. Chcąc nie chcąc opóźnienie gwarantowane, a że warunki drogowe też są fatalne, bo był okres jesienno-zimowy to Wam pewnie wiadomo jest ślisko na torach. Ci co jeżdżą tramwajem to wiedzą, które odcinki, przystanki na trasie są śliskie tzw. ?pewniaki?. Takim pewniakiem jednym z wielu na trasie 9 jest przystanek ?Czapelska? w stronę Gocławka jadąc od ronda Wiatraczna. Na uniknięcie poślizgu jest kilka sposobów, ale to nie o tym miałem pisać więc wróćmy do meritum. Jak już mówiłem przystanek jest śliski i aby bezpiecznie zatrzymać 60 tonowego kolosa (bo tyle około waży PESA z pełnym ?inwentarzem?), niestety czasem potrzebne jest użycie hamulców szynowych. Tak też zrobiłem. Młodzieńcowi wypadła czapka z rączek wprost do błotka pośniegowego na podłodze tramwaju. O jak on mi nawrzucał, że nie umiem prowadzić, że się powinienem wrócić do przedszkola, prace zmienić itd.. Wytłumaczyłem grzecznie Panu, że jest ślisko, a w tramwaju są tabliczki informujące o konieczności trzymania się poręczy podczas jazdy. A ów bohater stwierdził, że gówno go to obchodzi, że jest ślisko! No to już wiedziałem, że nie ma dyskusji z gościem, no bo niby o czym? A że dziamał coś dalej, generalnie powtarzał się w kółko, to po prostu nie reagowałem. Widząc, że na mnie to nie robi wrażenia jak mnie obraża, to zaczął obrzucać błotem moją Mamę, od ?ku%^, szmat, dziwek? itd. A co jak co, ale na to, to ja już nikomu nie pozwolę! Nawet naszemu Prezydentowi ;). Jak się okazało jechał z żoną i z córeczką, która miała na oko 6,7 lat. Zatrzymałem tramwaj na przystanku otworzyłem drzwi od kabiny i zapytałem grzecznie ale stanowczym głosem (jak mówi ?Instrukcja dla pracowników ruchu?;) ), dlaczego obraża moją rodzinę i kim właściwie jest, że sobie na to pozwala. Jaką gnojówę ma w gębie i jaki daje dziecku piękny przykład! Życzyłem mu aby jego córeczka w przyszłości miała do Niego takim sam szacunek jaki ma do innych ludzi. Jeszcze kilka innych przykładów mu podałem, ale już nie chcę kombinować bo nie bardzo pamiętam. Zdziwiłem się gdy do dyskusji wkroczyła inna pasażerka, która stanęła w mojej obronie. Wysterowała do kolesia kilka ?miłych? słów, że jest wieśniakiem i mu słoma z butów wychodzi, żeby zamkną już jadaczkę bo jest w miejscu publicznym i nie każdy życzy sobie słuchania jego wulgaryzmów i że mu za te słowa należy mu się w pysk itp., itd. . Coś tam jeszcze się zabulgotał, ale ja już usiadłem i pojechałem dalej byle by tylko do pętli, a daleko już nie miałem. Niestety ta praca choć daje mi wiele satysfakcji i przyjemności, są niekiedy takie właśnie dni, kiedy człowiekowi się odechciewa wszystkiego. Kiedy to po takiej sytuacji widzi ile wart jest dla ludzi, których codziennie wozi do pracy, domy czy szkoły. Mają człowieka za gnoja i wyżywają się na motorniczym, kierowcy za wszystkie swoje życiowe niepowodzenia. A cóż ma biedny prowadzący zrobić? Poza zaciśnięciem zębów to niewiele bo jest w pracy.. no i my nie możemy napisać żadnej skargi na pasażera, że był nie miły i w sposób wulgarny odnosił się do mnie czy do moich członków rodziny.. ale taki to urok tej pracy 😉

Pozdrawiam Nowherename.

Jadę i myślę, może kiedyś coś wymyślę…

W końcu czasami jeżdżę ponad 10 godzin.  Jest więc czas na różne przemyślenia. Zwłaszcza, że praca ta daje ku temu spore możliwości. Wystarczy tylko obserwować to co się dzieje w koło: zachowania pasażerów, pieszych, kierowców. Czasami  widok z kabiny motorniczego przyprawia o zgrozę, gdy ktoś wchodzi pod rozpędzony tramwaj, a potem ucieka przegoniony dzwonkiem, czasami nie sposób powstrzymać się od śmiechu, gdy pasażer walczy z automatycznie zamykającymi się drzwiami w E1.

Wspomnieć wystarczy przypadek pana, który swego czasu chciał wsiąść do wagonu GT6. Wcisnął zatem przycisk, celem drzwi otwarcia, w następstwie czego drzwi otwarły się przed owym panem. Delikwent ów miał jednak z sobą dwie ciężkie siatki, w których dźwigał przeróżne rozmaitości. Zatem by wsiąść, siatki podnieść musiał z chodnika. Czas ten skrzętnie wykorzystały drzwi, które po określonym czasie zaczęły się zamykać. Poirytowany przyszły pasażer odłożył zatem siatki, by ponownie wcisnąć przycisk celem drzwi otwarcia. Ponownie schylił się po siatki, a drzwi ponownie zamknęły się mu przed nosem, gdy siatki trzymał już w rękach i zabierał się o wsiadania. Sytuacja ta powtórzyła się kilkakrotnie. Zdarzenie to  obserwowane w lusterku spowodowało, że nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Jednak przyszło mi zapłacić za śmianie się z cudzego nieszczęścia,  gdy ów pasażer z wściekłości siatki rzucił i przybiegł do mnie z awanturą, że bawię się jego kosztem, że  złośliwie i umyślnie zamykając mu drzwi przed nosem. Nauczony jednak przez starszych kolegów motorniczych, powstrzymując się przed spontanicznym śmiechem wysiadłem i udałem się z przyszłym pasażerem do drzwi, celem rozwiązania zaistniałego problemu w sposób dyplomatyczny. Przerywając ciąg obelg skierowanych w moją stronę, poprosiłem pana o baczne obserwowanie sytuacji  – wcisnąłem przycisk, drzwi się otwarły, po czym oczywiście zamknęły się. Zapytałem tylko – i kto teraz zamknął te drzwi, skoro ja stoję tu z panem? O więcej pytać nie musiałem.

Mnogość zdarzeń i barwność ludzi z jakimi człowiek ma do czynienia w czasie wykonywania tej pracy przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Po kilku latach pracy, nadal zaskakują mnie różne rzeczy. Z równą częstością i intensywnością jak dnia pierwszego, gdy pracę rozpocząłem. A wydawałoby się, że to takie nudne jeździć od pętli o pętli, ciągle po tej samej trasie. Że się człowiekowi od tego w głowie może zakręcić. Nic bardziej mylnego.

By lepiej słowo pisane zobrazować, zachęcam do oglądnięcia poniższego filmu znalezionego na youtube:

Totmann